Bingham i Fu grają dalej. Bezbarwny Allen

(2012-12-02 23:22:19)
Bingham i Fu grają dalej. Bezbarwny Allen

W niedzielny wieczór z turniejem UKC pożegnał się kolejny faworyt. Po tym, jak w fatalnym stylu swój mecz przegrał obrońca tytułu, do domu pojechał drugi finalista sprzed roku - Mark Allen, który nie miał zbyt wiele do powiedzenia w meczu z Marco Fu (3-6). W drugim wieczornym pojedynku Stuart Bingham raczej bez problemów rozprawił się z Jackiem Lisowskim (6-2), aczkolwiek jego gra daleka była od tego, co prezentował w kilku ostatnich tygodniach.

Bingham z Lisowskim zaczęli swój mecz bardzo nieszczególnie - proste pudła i niedociągane odstawne nie dawały wielkich nadziei na ładny dla oka mecz. I rzeczywiście: do przerwy jedyny konkretny brejk widzieliśmy w partii nr 4, którą Bingham zakończył 68-ma oczkami, wychodząc na przekonujące prowadzenie 3-1. O reszcie partii nie ma co za dużo pisać, ponieważ nic ekstrawaganckiego nie pokazano.

Dużo lepiej wyglądał mecz równolegle rozgrywany na drugim stole (choć na początku z samym oglądaniem mieliśmy wielkie kłopoty, jako że Eurosport wolał nadawać odtworzenie jakichś zawodów narciarskich). Marco Fu rozpoczął go z wysokiego C, szybko wbijając brejk 91 w partii pierwszej. Allen wyrównał od razu, ale musiał się przy tym nielicho napracować - kradnąc partię od stanu 22-59, po długiej wymianie odstawnych. To tylko rozjuszyło Fu (choć trochę złe słowo, ponieważ "Fu" i "rozjuszony" zwykle w parze nie chodzą): postępujące brejki 131 i 120 (oba czyszczące stół do płótna) bynajmniej nie wprawiły w dobry humor zwykle skorego do zabawy wszelakiej Allena. I tu też mieliśmy do przerwy 3-1.

Druga część meczu Bingham - Lisowski rozpoczęła się całkowicie beznadziejnie. Całe mnóstwo pudeł i braku wystaw doprowadziło do tego, że przy siódmym podejściu trzy ostatnie bile wpakował młodszy z Anglików, zbliżając się do Stuarta na jeden frejm. To generalnie wystarczyło, żeby Ball Run przypomniał sobie, że to on właśnie wygrał niedawno PLS w stylu godnym mistrza i zaczął grać nieco lepiej. Nieco, to znaczy na 44, 88 i trzy podejścia w partii nr 8. Kolejne wygrywane partie wyraźnie odbierały ochotę do gry Lisowskiemu, który niby coś tam walczył, ale bez większego przekonania. Wygrać mógł więc zatem tylko jeden człowiek - Bingham w stosunku 6-2.

W meczu Fu - Allen również zbyt wiele nie zamierzało się zmieniać. Najpierw Fu wbił pewne 72, które przypieczętował ostatnią czerwoną po serii odstawnych i szukaniu snookera przez rywala. Chwilę później Allen okazał całą swoją niemoc: w dwóch podejściach wbił 63 punkty, na koniec fatalnie pudłując różową na frejm do prawego środka. Na stole zostało do wbicia jeszcze 67 punktów, a jako że wszystkie czerwone stały w całkiem przyjemnych pozycjach, Fu z całkowicie nieludzkim spokojem i miną znamionującą brak nerwów i emocji tylko raz wspomógł się niebieską, elegancko czyszcząc stół za 65 punktów. Allena nawet niespecjalnie to interesowało - podczas gdy Fu wykradał mu partię, Irlandczyk beznamiętnie obserwował kończącego swój mecz Binghama.

Ilu snookerowych wyjadaczy dało się ponieść nadmiernej pewności siebie i "strzałom, które przecież muszą wyjść", długo by liczyć. Jeśli Marco Fu nie było dotychczas w tej klice, z własnej nieprzymuszonej woli zapisał się do niej w partii nr 8, wbijając płynne 44 punkty i zupełnie niepotrzebnie próbując rozbić pozostałości trójkąta. Skończyło się na braku pozycji i wykradzeniu frejma przez Allena, tym razem w dwóch podejściach. Nie miał Mark lekko, trochę napracować się musiał, ale do Yorku na pewno już wrócił (bo do tej pory stacjonował gdzieś na Malediwach). Jednak co ma wisieć, nie utonie: po szybkich ośmiu punktach Allena Fu zbudował brejk 61, tym razem bez zbędnego kombinowania, wszystko prosto i dokładnie, zakończone snookerem za żółtą. I to właściwie było na tyle - kolejny faworyt wleciał za burtę.

Jutro od 14:00 dokończenie pierwszej rundy, zaczynają Robertson z Fordem i Stevens z Dalem.

autor: sobotch

Dodaj komentarz Komentarze (1)
Co tam Allen mówił? JPS (2012-12-03 01:36:05)

Że będzie zmotywowany i nie będzie miał żadnych szans? Trafił chłopina w samo dychu... A wizja rozjuszonego Fu wywołała u mnie uśmiech równie szeroki, jak porażka Trampa :D