Zielona Góra - miasto spełnionych marzeń

(2015-11-17 20:39:52)
Zielona Góra - miasto spełnionych marzeń

Niniejszy artykuł ukazał się oryginalnie na portalu 147.com.pl, jednak ze względu na wyjątkowość opisywanych w nim wydarzeń (w każdym razie w opinii autora) opublikowany zostanie również tutaj.

Jeszcze kilka miesięcy temu sądziłem, że rozmowa z Markiem Selbym i Michaelem Holtem w gdyńskiej kawiarence będzie moim najprzyjemniejszym snookerowym wspomnieniem. Życie pokazało jednak, że się myliłem. W niedzielę przebiłem tamtą wyjątkową chwilę i udało mi się osiągnąć szczyt marzeń - spotkałem w Zielonej Górze swojego największego idola, Stephena Hendry’ego.

Kiedy na początku października dotarła do mnie informacja, że „Maestro” weźmie udział w szóstej edycji turnieju Lotto & HotShots Masters, wiedziałem, że muszę zrobić wszystko, aby również się tam pojawić. To mogła być jedyna okazja w życiu, aby móc zobaczyć na żywo zawodnika, który od samego początku mojej dziesięcioletniej przygody ze snookerem jest moim ulubieńcem. Udało się. Udało się nawet więcej niż mógłbym sobie wymarzyć.

Spróbuję zachować jednak pewną chronologię. Gdy już pokonałem blisko 300 kilometrów i znalazłem się w hali CRS czułem, że to już połowa sukcesu. W restauracji mieszczącej się na piętrze tego olbrzymiego kompleksu miałem pierwszy kontakt ze „snookerowym światem”. Przy stole po mojej prawej stronie siedzieli Małgorzata Kanieska i Michał Ebert, którzy kilkadziesiąt minut później pełnili rolę odpowiednio arbitra i komentatora podczas tego turnieju.

Po godzinie szesnastej otwarto „bramki” i kibice po okazaniu biletów mogli wejść do najważniejszej strefy CRS-u. Za nami zostały restauracja, basen i inne atrakcje, ale przed nami było to, na co czekaliśmy: snooker. Gdy doszedłem do drzwi prowadzących na arenę wyszedł z nich Ken Doherty i życzliwie zwrócił się do wszystkich z zawołaniem „hello”. Później miało się okazać, że to naprawdę przesympatyczny człowiek.

Na każdym foteliku na trybunach leżały egzemplarze programu turnieju, który świetnie posłużył nie tylko za informację, w jakiej kolejności będą rozgrywane mecze, ale również jako powierzchnia do składania autografów. Przyznam, że z pierwszego meczu, pomiędzy Kacprem Filipiakiem, a Kenem Dohertym nie zapamiętałem wiele, zapewne przyćmiły go w mojej głowie późniejsze wydarzenia. Pamiętam jednak dość dobrze potyczkę dwóch najmłodszych uczestników zawodów, Kuby Bednarza i Antka Kowalskiego. Obaj pokazali ładną grę, zwłaszcza Antek zrobił na mnie duże wrażenie. Było widać, że przede wszystkim cieszy się grą, a wachlarz zagrań ma już naprawdę imponujący. Obaj chłopacy mają też ode mnie spory plus za celne odpowiedzi na pytania mistrza ceremonii. Było naprawdę wesoło. Pomiędzy frejmami w meczu przyszłych mistrzów snookera łowcy autografów oblegli Kena Doherty’ego, który oglądał mecz chłopaków z trybun. Cierpliwie podpisywał wszystkim i wówczas zgarnąłem swój pierwszy zielonogórski skalp.

A potem na arenie pojawił się ON. Już sam fakt zobaczenia z tak bliska Stephena Hendry’ego był dla mnie olbrzymim przeżyciem, nie mówiąc już o późniejszej chwili zdobycia autografu. Trudno opisać uczucie, jakie mi wtedy towarzyszyło. Jeżeli ktoś miał w życiu możliwość spotkania swojego numeru jeden – sportowca, piosenkarza, pisarza czy kogokolwiek innego, kto jest dla niego największym idolem, ten wie, o czym mówię. Jeżeli nie, życzę każdemu, aby miał taką szansę. Po prostu coś wspaniałego.

Hendry zagrał najpierw w parze z Kubą Bednarzem przeciwko organizatorowi całego turnieju Marcinowi Nitschke i Antkowi Kowalskiemu. Duet szkocko-polski zwyciężył, a ja chłonąłem możliwość podziwiania Mistrza w akcji. Podczas kolejnego meczu Stephena (tym razem już z samym Marcinem) udało mi się nawet złapać kontakt wzrokowy z siedmiokrotnym mistrzem świata i „pogratulować” wygrania frejma w dogrywce uniesionym kciukiem, na co Hendry odpowiedział tym samym.

Bardzo się ucieszyłem, gdy okazało się, że po zaplanowanych trzech partiach rozegrano jeszcze jedną, w dodatku skomentowaną przez Kena Doherty’ego. Irlandczyk jest naprawdę świetnym showmanem i potrafi stworzyć świetną atmosferę. Udowodnił to nie tylko dowcipnymi wypowiedziami komentatora, ale przede wszystkim podczas ostatniego meczu wieczoru, który nie był już transmitowany przez telewizję. On i Hendry zmierzyli się z Marcinem Nitschke i Kacprem Filipiakiem. Zapamiętałem szczególnie moment, kiedy Ken po otrzymaniu skromnych braw za jedno z zagrań zwrócił się do publiczności ze słowami „dziękuję, mamo!” Później jeszcze wyręczył panią sędzię w przywróceniu żółtej na punkt i zażartował, że poradzą sobie sami, a potem poklepał ją po ramieniu i stwierdził „to był dla ciebie długi dzień, prawda?” Myślę, że kibice, którzy oglądali turniej na żywo z trybun zapamiętali jeszcze więcej takich zabawnych momentów z całego turnieju.

Właśnie, kibice. Przekaz telewizyjny mógł sugerować, że trybuny świeciły pustkami. Zapewniam jednak, że tak nie było. Po prostu najwięcej osób zgromadzonych było za kamerami, zarówno na trybunie ustawionej tuż za stołem, jak i na oddalonej od niego galerii. Trochę szkoda, że nie było widać, z jakim zainteresowaniem naprawdę spotkały się zawody, ale ustawienie kamery było z kolei podyktowane takim, a nie innym ustawieniem stołu.

Gdy już ostatnie bile znalazły się w kieszeniach podszedłem do Marcina Nitschke i uzyskałem autograf także i od niego. Na tym jednak nie poprzestałem, bo tuż przy wyjściu natknąłem się jeszcze na Antka i Kubę, a na sam koniec podszedłem do Małgorzaty Kanieskiej. Była mile zaskoczona i chociaż skromnie stwierdziła, że „nie jest autografowa” (a warto przypomnieć, że sędziowała już nie tylko na naszym turnieju w Gdyni, ale także w eliminacjach do MŚ w Sheffield), to podpisu mi nie odmówiła. Nie udało mi się niestety „złapać” Kacpra Filipiaka, ale wierzę, że wszystko przede mną.

Jednak nawet jeżeli miałbym już nigdy nie pojawić się na żadnym turnieju snookerowym, to i tak nie będę narzekać. Doceniam szczęście, jakie mnie spotkało (chociaż podejrzewam, że i tak to wszystko jeszcze do mnie w pełni nie dotarło) i z pewnością tamto popołudnie będę pamiętał do końca życia. Zielona Góra już zawsze będzie mi się przyjemnie kojarzyła i to nie tylko z powodu samego Hendry’ego, ale także dzięki spotkaniu wielu sympatycznych i życzliwych ludzi. Może to nie tylko specyfika mieszkańców Zielonej Góry, ale po prostu sympatyków snookera?

Wracając już na koniec do samego turnieju, to jak najbardziej uważam, że słusznie jest powtarzany rokrocznie. Z jednej strony jest to okazja dla polskich zawodników na pokazanie się, a z drugiej - dla kibiców na spotkanie najlepszych snookerzystów, być może, tak jak w moim przypadku, tego ulubionego. Owszem, do Gdyni przyjeżdża od kilku lat około setki profesjonalistów, ale dwóch uważanych przez większość kibiców za najlepszych w tej „branży” – O’Sullivan i Hendry – pojawiło się w Polsce tylko na zielonogórskim Mastersie.

W tym samym czasie, gdy ja przeżywałem najlepsze chwile swojego życia, gdzieś w Anglii toczył się finał Champion of Champions. Podobno zwyciężył Neil Robertson, pokonując Marka Allena 10-5. Piszę „podobno”, bo oczywiście nie widziałem z tego finału ani sekundy, co zdarzyło się chyba po raz pierwszy w trakcie mojej przygody ze snookerem. Być może straciłem dobry pojedynek, okraszony „setkami”, ale to przecież nie ma najmniejszego znaczenia. Bo, na kij Hendry’ego, było warto!

Na zdjęciach: mój idol, Stephen Hendry :)

autor: Mickey147

Dodaj komentarz Komentarze (3)
:) Nicolas (2015-11-18 20:28:20)

Dziękuję! Również pozdrawiamy.

Gratuluję Ci Nicolasie miejsce-R8-81 (2015-11-18 18:55:18)

Cieszę się Twoim szczęściem i bardzo zazdroszczę autografu od Stephena, jak sam wiesz było o niego bardzo trudno i nie tanio. Ale co zobaczyłem to moje. Cieszę się, że mogłem tam być razem z Tobą i innymi sympatykami snookera. Pozdrowienia dla Ciebie i Twojej mamy, zakręconej na punkcie snookera równie co Ty.

Super! Wanda (2015-11-17 20:56:52)

Świetny tekst, widać w nim autentyczną radość fana ze spotkania z idolem. :) Fajnie byłoby paru z tych wielkich jeszcze kiedyś u nas zobaczyć... Chwała Marcinowi Nitschke za to, że mu się chce! Szkoda, że Warszawy nie stać na takie imprezy...